|
FOTOGRAF W
BYSTRZYCY CZYLI WSZĘDZIE.
Bystrzyca Kłodzka – jedno z wielu dolnośląskich miast, gdzie
Wielka Historia wkomponowała nowe ludzkie losy w stare
dekoracje, wypełniając je nową energią witalną, ale też na
zawsze naznaczając stygmatem obcości i przemijania. Osobliwe
miejsca o zaburzonej tożsamości, gdzie nawarstwiające się
świadectwa continuum dramatycznie zmagają się z dowodami
bolesnej nietrwałości i mogą znaleźć ulgę pojednania jedynie w
obszarze rzeczywistości zmitologizowanej - tkwiącej poza
czasem, w której sytuacje egzystencjalne kostnieją w archetypy.
Takie miejsca przyciągają fotografików, którym specyfika
używanego medium pozwala zatrzymać czas, ale zarazem ujawnić
jego dynamikę, zapisaną choćby w unaocznionej destrukcji
materii. Potrafią oni spetryfikować obraz rzeczywistości w
formie niemal dokumentarnego przekazu, ale też – przez
sterowanie procesem zdejmowania motywu i obróbki laboratoryjnej
– mogą rzeczywistość zinterpretować na miarę swojej koncepcji
twórczej i potrzeby autoekspresji.
Maciej
Stawiński uległ tej pokusie. Skonfrontowany w warunkach pleneru
artystycznego z fenomenem miejsca odnalazł w nim inspirujący
materiał do rozwinięcia filozoficznej refleksji o trwaniu i
przemijaniu, a także do autotematycznych rozważań o relatywiźmie
postrzegania i fotograficznej rejestracji. Właśnie tak, bo to
sama materia rzeczywistości ukierunkowała wyobraźnię jej
wrażliwego obserwatora, a nie stała się bierną ilustracją
apriorycznej tezy. Z drugiej strony trudno oprzeć się wrażeniu,
że jednak autor patrzy intencjonalnie, traktując przedmiot
oglądu nie jako przestrzeń realną, ale jako rezerwuar symboli,
zaskakujących zderzeń przedmiotów czy ciekawych kombinacji brył.
W efekcie tego sprzężenia zwrotnego powstał cykl fotografii pod
wspólnym tytułem - „Martwe natury z miasta B.” Sama nazwa
zdradza autorski zamysł, przesuwając akcenty z portretowego
ujęcia konkretnego miasta na wykorzystanie jego wizerunku jako
kanwy do wykreowania autonomicznych struktur
wizualno-semantycznych. W ramach tego zapisu Stawiński
zrealizował określony program estetyczny i ideowy.
Temat
martwej natury zawsze oznaczał studium obiektów, które w
starannie przemyślanych relacjach zastygały w perfekcyjne układy
kompozycyjne, a ich statyka sprzyjała nieśpiesznej kontemplacji
piękna i harmonii, co koncentrowało uwagę widza na samej formie
plastycznej, a w konsekwencji rodziło też podziw dla wirtuozerii
warsztatowej. Ostentacyjne znieruchomienie wielu martwych natur
ewokowało nastrój nostalgiczno-refleksyjny, a te osadzone w
retoryce barokowej, wprost wchłonęły wątki wanitatywne. Stąd ta
ambiwalencja poruszanych w nas uczuć – iluzyjne podobieństwo do
desygnatów uruchamia całą gamę sensorycznych doznań w służbie
idei gloryfikującej bujność i radość życia, a te zostają
skojarzone z odczuciem metafizycznego niepokoju, czy wręcz z
grozą eschatologii. Jestem przekonana, że Stawiński z pełną
świadomością odwołał się do tej tradycji, przedstawiając miasto
w konwencji martwej natury, a nie w bardziej oczywistym zapisie
o charakterze obiektywnego inwentaryzatorstwa, bądź subiektywnej
impresyjności.
Utrwalając na światłoczułej błonie pieczołowicie wybrane
fragmenty konkretnej realności, usiłował nie tyle odtworzyć
lokalny koloryt, ile wyłonić sens ludzkiej przygody i dramat
upływu czasu na poziomie uniwersalnym. Zdefiniował inną
przestrzeń - o wymiarze poetyckiej metafory, nasyconą
symbolicznymi znaczeniami i estetycznie wystylizowaną. Odczucia
tego nie osłabiają nawet identyfikacyjne znaki – numery domów
czy tabliczki z napisami informacyjnymi, których zwyczajowym
zadaniem jest utylitarne porządkowanie przestrzeni. Wyzute z
kontekstu i przeniesione w sferę zmitologizowaną niczemu nie
służą i nic nie komunikują, a jedynym usprawiedliwieniem ich
natarczywej obecności jest to, że obnażają całą doraźność naszej
ciasnej pragmatyki. Podobnie, codzienna ludzka krzątanina,
dopiero po zastygnięciu w odwieczne rytuały mości sobie miejsce
na scenie ponadczasowego trwania. Wymowne jest przedstawienie
sytuacji rodzajowej rozgrywającej się w głębi podwórka, które
zanurzone w świetlistej poświacie wygląda jak kapsuła czasu
przechowująca archetyp macierzyństwa. Wrażenie to wzmaga
perspektywa oglądu motywu w prześwicie architektonicznego łuku,
którego okonturowanie zamienia zwykłe podwórko w arkadyjską
niszę – promieniującą intymnością i bezpieczeństwem, a przy tym
uwzniośloną tak, że nawet prowizoryczne kable opinające fasadę
budynku zwisają niczym festony obfitości. To dyskretna
kreacyjność fotografika przenosi nas do szlachetniejszej i
piękniejszej krainy – modelowego świata idei, tak jak pojmowanie
mimesis w duchu renesansowym pozwalało Rafaelowi na
wyidealizowanie pozornie rodzajowych scen z Madonnami.
Zasadniczo, w omawianej serii zdjęć rzadko gości człowiek, a
jeśli już pojawia się, to jakoś tak bezosobowo i
komplementarnie, niczym malarski sztafaż. Nie brak jednak
pośrednich dowodów jego intensywnej obecności – od śladów tak
banalnych, jak rozwieszone na sznurach pranie czy porozrzucane
na podwórku rupiecie po trwałe ingerencje w pejzażu –
architektoniczne zagospodarowanie przestrzeni, którą człowiek
zawładnął jako gospodarz, tudzież rezydent.
Snując swoją
opowieść o upływającym czasie, autor uporczywie tropi jego ślady
odciśnięte w materii – eksponuje spatynowane powierzchnie,
zatartą przez erozję ostrość krawędzi czy naruszony geometryczny
rygor zarastanych alejek. To rozpamiętywanie dokonuje się w
atmosferze melancholijnej ciszy i skupienia. Celebracji świata
poddanego dialektyce ciągłości i zmienności, towarzyszy smętna
tęsknota oraz filozoficzna zaduma, która wyklucza zbyt
histeryczną ekspresję. Dlatego w tej lirycznej notacji
powolnego rozpadu materii i w tej elegijnej nastrojowości
gasnącego świata nie zadźwięczy nuta tragizmu czy kontestacji.
Być może odzywa się tu butna świadomość fotografa, który -
parafrazując Andre Bazina – jest balsamistą czasu, czyli ocala
dla ludzkiej pamięci to, co kruche i ulotne, który przywraca
utracony sens przynajmniej fragmentom odchodzącej
rzeczywistości. W tym działaniu, mimo że posługuje się
mechanicznym narzędziem, fotografik zajmuje pozycję kreatora, a
tym samym może przez świadomą deformację utrwalany świat
zmistyfikować, ale może go też objaśnić lub odkryć jego nowe
aspekty, a więc dotrzeć do głębszej prawdy. Stawiński, łagodnie
stylizując przedstawianą rzeczywistość, dla uzyskania efektu
pewnej archaizacji użył aparatu fotograficznego z lat 30. i z
rozmysłem wykorzystał jego techniczną niedoskonałość, gdyż
właśnie to pozwoliło mu narzucić pożądaną estetykę i wykreować
klimat nostalgii.
Oglądając sekwencję kadrów z fotograficznej narracji
Stawińskiego, składamy je w mozaikowe odbicie zurbanizowanej
przestrzeni, a zbiorczy tytuł dosadnie tę przestrzeń precyzuje.
Mimo geograficznego ukonkretnienia ulegamy autorskiej sugestii
uogólniającej. W tak wyartykułowanych widokach Bystrzycy, niczym
w soczewce ogniskują się wszystkie takie miejsca – jeszcze
wypełnione życiem i budzące miłe uczucie swojskości, ale jakieś
takie reliktowe, zepchnięte na margines, ustępujące pod naporem
kulturowych przemian. Wydaje się, że przynajmniej anioł z
medalionu nie traci na aktualności, ale i on, nierozpoznany w
swej retorycznej funkcji, jest zaledwie rzeźbiarskim detalem
przywołującym mocno przygasły splendor mieszczańskiej kamienicy.
Oprowadzani po zakątkach Bystrzycy przez wnikliwego i wrażliwego
przewodnika uczymy się zaglądać pod podszewkę rzeczywistości.
Oszczędnymi, choć przemyślanymi zabiegami kreacyjnymi odsłania
przed nami magię codzienności i niezwykłość rzeczy zwykłych,
banalnych. To próba nawiązania do mistrzów martwych natur,
którzy umieli zakląć wulgarną materię i z mosiężnych dzbanków
czy szklanych römerów wydobyć pierwiastek mistyczny. Ta
niezwykłość realizuje się na poziomie estetyzacji
przedstawionej rzeczywistości, ale też skrywa się w jej
zmiennej, niejednoznacznej naturze. O ile estetyzacja odbywa się
tu przez odwołanie do reguł obrazowania wypracowanych w
malarstwie czy grafice (co jest znamienne dla nurtu
fotograficznego piktorializmu), to labilność natury i relatywizm
jej percepcji są doskonale uchwytne na gruncie specyficznych
właściwości fotograficznego medium.
Koneksje z tradycyjnymi sztukami wizualnymi nie oznaczają w tym
wypadku, że zarejestrowany przy użyciu aparatu banał surowej
rzeczywistości destyluje się przez świadome aranżowanie jej
komponentów, co zakłada bezpośrednią ingerencję autora w
materię. Zasadniczo, sublimacja dokumentalnego zapisu w
suwerenną strukturę plastyczną, jak i budowanie warstwy znaczeń
dokonuje się na etapie wyboru motywu. Jest on pochodną natężonej
i czułej obserwacji fotografika, zdeterminowanej przez
zakodowane w jego świadomości konwencje wizualne, z których
czerpie podług subiektywnych preferencji estetycznych. Zazwyczaj
nie zadowala się prostym zapisem rzeczywistości, jaka nam się
objawia w chaosie okoliczności, lecz konstytuuje - z perspektywy
personalistycznej - emocjonalny i estetyczny przekaz. Trudno
oprzeć się wrażeniu, że oczom wytrawnego fotografa ukazuje się
więcej, że potrafi on dostrzec celowość, sens i ukryty
artystyczny ład w przypadkowym, bo nie reżyserowanym układzie
elementów widzialnej rzeczywistości. Wymaga to dwoistości
widzenia, przy czym jedno ogarnia przedmiotową zawartość sceny,
zaś drugie potrafi wypreparować z niej szkielet konstrukcyjny.
To umiejętność rozpoznania regularności układu czy
geometrycznych powiązań, a także wyczucie rytmu powtórzeń
sprawiają, że porozrzucane na podwórku przedmioty czy zestaw
form architektonicznych, na przekór swej przypadkowości,
układają się w interesującą plastyczną konfigurację. Harmonijne
zakomponowanie kadru jest zatem wynikiem świadomego patrzenia i
odpowiedniego wyboru, ale wspomaga go też pewna praca
warsztatowa. Kontrolowany rytm nasileń światła i cienia,
tenebryzacja niektórych partii w celu wytracenia nadmiaru
szczegółów w kontekstowej czerni, rzeźbienie przestrzeni ostrym
promieniem światła, eliminacja półtonów – wszystkie te zabiegi
sprzyjają estetycznemu dyscyplinowaniu amorficznej
rzeczywistości, a przykłady ich zastosowań znajdziemy w
omawianym cyklu.
Kadry
Stawińskiego zakomponowane zostały wzdłuż łagodnych
horyzontalnych pasm, krzyżujących się ze stabilizującymi
pionami, tylko czasem tektonikę tego układu lekko naruszają
dynamiczne diagonale w postaci schodów czy sznura z bielizną,
tudzież przekątniowej perspektywy wąskiej uliczki żłobiącej
sobie koleinę między murami zabudowań. Taka kompozycja sprawia,
że wypełnia je spokój i cisza znieruchomiałego w swym trwaniu
świata. Celowość tego efektu potwierdza unikanie nadmiernej
ekspresji formy – autor nie przesadza z punktowaniem elementów
dramatycznych i nawet pojawiający się w kadrze czarny kot miękko
wtapia się w otoczenie, gubiąc swą złowróżbną symbolikę.
Przejawem skłonności autora do unifikacji płaszczyzny obrazu
jest często sugerowana substancjalna jednorodność materii z
natury opozycyjnych, jak to widać przy zderzaniu architektury z
zielenią. Taka postawa nie wyklucza wrażliwości na wartości
fakturalne, które są eksponowane smacznie, acz bez zbytniej
ostentacji. Indywidualny gust artysty w ogóle wyklucza estetykę
nadmiaru. Cały cykl został zrealizowany na taśmie czarno-białej.
Autor rzadko i wybiórczo korzysta z pełnego kontrastu tych
skrajnych barw, a za to umiejętnie steruje natężeniem szarości i
przez subtelną waloryzację rozwija bogatą skalę tonalną.
Wyrównana chromatyka obrazu i równowaga architektoniki kadru
zostają nieco przełamane przez zmysłową i kapryśną naturę
światła, którego błyskotliwa i zwodnicza gra zmienia odczucie
masy i ciężaru, uwypukla lub spłaszcza formę, rozwibrowuje
tkankę. Czynnikiem dynamizującym jest też ostrożnie użyty ruch
wewnątrz kadru, sugerowany przez nieostrość ujęcia poruszającego
się stworzenia czy przedmiotu, które prowokuje wyobraźnię widza
do rekonstrukcji ich kinetyki, a przy okazji zmienia spadający
liść czy żwawego kota w niepokojący fantom, drażniący tajemnicą
nie do końca zdefiniowanej formy.
Widoki
Bystrzycy w redakcji Stawińskiego naznaczone zostały jego
interpretującym spojrzeniem i noszą w sobie ten rodzaj napięcia,
jakie wytwarza stan zawieszenia między dokumentem a fikcją,
między konkretem a syntezą. Zresztą, już sam fakt wyboru motywu,
jego wyizolowanie w kadrze i utrwalenie w określonych warunkach
luministycznych implikują nowy status zdejmowanej
rzeczywistości. Fotografie nie są jej prostym substytutem;
sprawiają, że zostaje nobilitowana, a także szczególnie
uwyraźniona – treści przekazu kondensują się, emanuje aura
emocjonalna. Może właśnie ta przemiana uzasadnia dość powszechne
sądy o magii fotografii, stosowane nie tylko w odniesieniu do
tej kreacyjnej, ale i tej typu live. Stawiński znakomicie
tę przyrodzoną magiczność wykorzystuje, ale nie stroni też od
oszczędnie, ale celowo użytych środków artystycznego wyrazu.
Stosując długi czas naświetlania - powodujący rozmycie obiektu,
nieostrość widzenia – sugeruje ruch lub uzyskuje efekt
sumaryczności kształtu i uogólnienie motywu. Świetnie operuje
kreacyjnymi możliwościami światła – przy jego pomocy nie tylko
wywołuje pożądaną nastrojowość, ale porządkuje kompozycję,
konstruuje przestrzeń, dynamizuje ją i hierarchizuje zanurzone w
niej elementy, wreszcie - relatywizuje obraz rzeczywistości.
Egzemplifikacją tego ostatniego są obecne w cyklu dyptyki.
Powielone motywy różnicują się co do selektywnego zakresu
ostrości, bądź przemienności świateł i cieni, a więc mają
inaczej wyakcentowane detale, tym samym inną hierarchię optyczną
i znaczeniową; odznaczają się też odrębnością duchowego klimatu.
Ta wariantowość przedstawienia odzwierciedla nieustanną
zmienność barw, walorów czy kształtów w zależności od warunków
oświetlenia, co tak uporczywie ścigali ortodoksyjni
impresjoniści. Momentalność fotografii predystynują ją bardziej
niż malarstwo do chwytania takiej ułamkowej prawdy o
rzeczywistości. Jednak te zdublowane ujęcia mogą być odczytane
również jako demonstracja jej kreatywności, mimo że
fotograficzny zapis wciąż zwodzi, traktowany przez wielu jako
niekwestionowane źródło obiektywnej faktografii. To ciekawa
refleksja o naturze fotografii, rewidująca stereotypowe poglądy
na jej temat.
Prezentowany na wystawie rezultat sesji zdjęciowej Bystrzycy
Kłodzkiej, przy całym szacunku dla urody i wyjątkowości miejsca,
stał się obszarem bardzo osobistych doświadczeń autora i jego
twórczej ekspresji. Stąd zaproszenie do Bystrzycy jest przede
wszystkim zaproszeniem na spotkanie z Maciejem Stawińskim,
którego talent i osobowość mogą widzowi dostarczyć satysfakcji
mądrych przemyśleń i artystycznych wzruszeń.
MARIA TYWS
|